Oświadczenie Małgorzaty Głuchowskiej Przekazane Policji w Zielonej Górze 5 Lutego 2016

Zielona Góra, 5 lutego 2016
Małgorzata Głuchowska
OŚWIADCZENIE

Przekazuję oświadczenie dotyczące mojego zawiadomienia do Prokuratora Generalnego z 16 grudnia 2015 w sprawie zorganizowanych działań przestępczych, a w szczególności działań dotyczących Dyrektor PSM [Państwowej Szkoły Muzycznej] I i II stopnia w Zielonej Górze Renaty Lato oraz pracowników WOMP [Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy w Zielonej Górze], których nazwiska podałam w wyżej wymienionym piśmie. Do listy nazwisk dołączam kolejnego pracownika WOMP, Tomasza Gajewskiego.

W PSM w Zielonej Górze prawo łamane było właściwie systematycznie przez cały czas mojego życia zawodowego. Obserwacje różnych dziedzin życia świadczą o tym, że jest to właściwie stan „normalny” w całej Polsce. Wszystko zależy od widzimisię lokalnego funkcjonariusza działającego w porozumieniu z funkcjonariuszami ulokowanymi na wyższych szczeblach drabiny administracyjnej. Np. w 1999 roku zastosowano wobec mnie prowokację, polegającą na tym, że Krystyna Karcz, wizytator Centrum Edukacji Artystycznej, działającego w ramach Ministerstwa Kultury, w piśmie do ówczesnej dyrektor PSM stwierdziła, że ja, Małgorzata Głuchowska, nie mam kwalifikacji pedagogicznych do nauczania w szkole muzycznej II stopnia. Kiedy zwróciłam się do Ministerstwa Kultury z prośbą o rozstrzygnięcie, czy mam odpowiednie kwalifikacje, odpowiedziano mi, że mam kwalifikacje pedagogiczne do nauczania gry na fortepianie w szkołach muzycznych I i II stopnia.

Od kilku lat w moim miejscu pracy, Państwowej Szkole Muzycznej w Zielonej Górze, prowadzone były działania mające na celu usunięcie mnie z pracy i doprowadzenie do śmierci społecznej. Próbowano organizować prowokacje. We wrześniu 2011 r. rozpoczęto serię prowokacji przeciwko mnie, co jest szczegółowo udokumentowane w pismach z załącznikami skierowanych do

1. Krystyny Karcz, wizytator CEA z Zielonej Góry,
2. Wacława Kłaputa, głównego wizytatora CEA z Bydgoszczy,
3. Zdzisława Bujanowskiego, Dyrektora CEA,
4. Wiktora Jędrzejca, dyrektora Departamentu Szkolnictwa Artystycznego w MKiDN,

oraz w

5. Zeznaniach złożonych w zielonogórskiej Prokuraturze Rejonowej w styczniu i w lutym 2012 przed prokuratorami P. Jankowskim i P. Sawickim,
6. W materiałach przesyłanych systematycznie władzom najwyższym, w tym premierowi D. Tuskowi, prezydentowi B. Komorowskiemu, premier E. Kopacz oraz premier B. Szydło, prezydentowi A. Dudzie i odpowiednim ministrom.

Bezpośrednim powodem zgłoszenia się do lekarza rodzinnego we wrześniu 2015 były dolegliwości związane z ponownym nasileniem represji w szkole w okresie od kwietnia 2015 do września 2015. Bardziej szczegółowe informacje znajdują się w załączonych pismach.

Podczas zebrania sekcji pianistycznej 10 września 2015 Maria Kuna, kierownik sekcji pianistycznej i Honorata Górna, wicedyrektor szkoły, swoim zachowaniem i wypowiedziami poniżały mnie, pomijały moją osobę w kontekście działań zawodowych, nie reagowały na moje pytania. Jawnie demonstrowały pogardę i lekceważenie w stosunku do mnie. Udawały, że nie zauważają moich sugestii dotyczących procesu dydaktycznego. W tym kontekście należy wspomnieć, że w całym dotychczasowym życiu zawodowym przykładałam się do pracy bardzo solidnie. Można powiedzieć o mnie, że dawałam bardzo pozytywny przykład zaangażowania zawodowego, co jest potwierdzone m.in. wynikami moich uczniów. Ciężką, wytrwałą pracą zdobyłam zaufanie środowiska muzycznego w Zielonej Górze oraz wynikający z tego szacunek dla mojego profesjonalizmu. Nie było najmniejszego powodu, by poniżać mnie na zebraniu sekcji. W pewnym momencie Górna publicznie zagroziła mi upomnieniem. Powiedziała też, że powinnam się leczyć psychicznie. Tego samego dnia po południu sekretarz szkoły Aleksandra Budrewicz przyszła do mojej klasy ze słowną informacją, że Górna wzywa mnie na rozmowę do gabinetu dyrektora na 11 września 2015 rano.

W związku z umówioną wcześniej wizytą u optyka i zaplanowanym badaniem okulistycznym nie mogłam się stawić we wskazanym terminie. Przekazałam tę informację pani Budrewicz i udałam się do sekretariatu, aby osobiście tę sprawę wyjaśnić. Okazało się, że Górna ma zajęcia. Zeszłam do jej klasy. Była tam także Budrewicz.

Poinformowałam o tym Górną. Chciałam się też dowiedzieć w jakiej sprawie mnie wzywa. Nie chciała udzielić odpowiedzi. W końcu kazała się zgłosić w poniedziałek. Nie udzieliła jednak informacji, w jakiej sprawie. Wezwania do gabinetu dyrektora bez podania przyczyny lub celowe wprowadzanie w błąd były stosowane wobec mnie już wcześniej. Na przykład, kiedy zostałam wezwana do wyjaśnienia sprawy związanej z nieobecnością w pracy wynikającej z mojej prośby o dwudniowy urlop na żądanie, dyrektor Lato wręczyła mi naganę natychmiast po wejściu do gabinetu, bez żadnej rozmowy na ten temat.

W ciągu kilku miesięcy poprzedzających koniec roku szkolnego próbowano mnie zmusić w różnych sytuacjach do podpisywania dokumentów, które według mojego rozeznania były niezgodne z prawem. Prośby o wyjaśnienie stanu rzeczy i ewentualne naprawienie błędów prawnych były ignorowane. Osoby z kierownictwa szkoły wywierały na mnie stale presję, by takie dokumenty podpisywać. Musiałam się liczyć z tym, że mogą to być prowokacje podobne do tych, które organizowano wcześniej. Z największą częstotliwością prowokacji różnego rodzaju i prób zniszczenia mojej odporności psychologicznej miałam do czynienia w roku szkolnym 2011/2012. Nękanie ze strony dyrektor Lato prowadzone było także w lipcu 2015, kiedy skierowała do mnie pismo w sprawie, która została już wyjaśniona w maju 2015. Była to próba zmuszenia mnie do kontaktów z panią z Niemiec i wyjazdów na własny koszt w dni wolne od pracy pod pozorem „współpracy” pedagogicznej. W rzeczywistości była to próba ubezwłasnowolnienia mnie jako samodzielnego pedagoga-pianisty, odnoszącego znaczące sukcesy. Na co dzień dyrektor nie liczyła się z moim zdaniem i maksymalnie utrudniała wyjazdy na konkursy pianistyczne z uczniami, odmawiając pokrycia kosztów delegacji lub stosując inne ograniczenia. Jasne więc było, że i propozycja dotycząca Niemiec nie miała sensu. Jej celem było jedynie wytworzenie dodatkowych problemów logistycznych i finansowych, a być może także innych. Można tak wnioskować na podstawie stałego poniżania i nieudzielania informacji.

22 października 2015 odniosłam osobiście do szkoły kolejne zwolnienie lekarskie. Poinformowałam sekretarz szkoły Aleksandrą Budrewicz, że po jego zakończeniu wracam do pracy.

28 października odebrałam dwie przesyłki: skierowanie na badania profilaktyczne kontrolne, które zostało wystawione przez szkołę, oraz pismo informujące, że orzeczenie lekarskie związane z badaniem kontrolnym medycyny pracy należy dostarczyć w pierwszy dzień przyjścia do pracy po zwolnieniu lekarskim. Oba pisma były podpisane przez Teresę Barabasz, kadrową szkoły.

W czwartek 29 października 2015 zgłosiłam się do Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy. Na miejscu wykonano badanie u otolaryngologa-foniatry. Byłam po jedzeniu, więc badania laboratoryjne miały być wykonane następnego dnia. W poniedziałek miałam iść na badanie EKG, a potem po ostateczny dokument do lekarza prowadzącego.

W piątek 30 października 2015 pobrano próbki krwi i moczu w celu wykonania badań laboratoryjnych. Następnie skierowano mnie do rejestratorki, która powiedziała, że wzywa mnie lekarz prowadzący. M. Ryngier poinformował mnie ustnie, nie przedstawiając żadnego dokumentu, że muszę zgłosić się na badanie psychiatryczne. Powiedział, że dyrektor szkoły przysłała list do dyrektor WOMP, w którym jakoby informowała personel WOMP, że „dziwnie się zachowuję”. Zagroził, że bez tego badania nie dopuści mnie do pracy. Poinformował, że będzie ono przeprowadzone 3 listopada we wtorek.

Kiedy później w domu sprawdziłam przepisy regulujące badania wykonywane przez służbę medycyny pracy i reguły, jakim one podlegają, okazało się, że już w tym momencie zostało złamane prawo.

3 listopada przyszłam przed 10.00. Okazało się, że czekało już kilka osób. Wszyscy byli umówieni na godzinę 10.00. Woźniak przyszedł około 10.18. Zaczął przyjmować kilka minut później. Weszłam do jego pokoju ok. 11.00.

Powiedziałam dzień dobry i przedstawiłam się. On milczał. Nie przywitał mnie i nie zaprosił do zajęcia miejsca na krześle. Usiadłam na krześle. Po chwili grzebania w papierach wyciągnął jakąś kartkę, po czym długo, ostentacyjnie wpatrywał się w nią. Następnie zadał kilka ogólnych pytań dotyczących mojej osoby. Zapytałam, czy mam przyjemność z doktorem Woźniakiem. Powiedziałam, że już się kiedyś spotkaliśmy i że zapisał mi leki uzależniające, nie informując mnie o ich działaniu. Zapytałam, czy chce wiedzieć jakie? Nie odpowiedział. Przypomniałam mu. Poprosiłam, żeby udostępnił mi pismo, które najwyraźniej dotyczyło mojej osoby. Odmówił i schował kartkę, na którą spoglądał demonstracyjnie chwilę wcześniej. Potem burknął opryskliwie „niech mi Pani opowie”. Chciał, żebym powiedziała o działaniach przeciwko mnie, mojemu mężowi i córce. Powiedziałam, że łatwiej będzie, jeśli przeczyta kilka dokumentów, które miałam ze sobą. Nalegał jednak, bym opowiedziała o tym sama. Zaczęłam i powiedziałam kilka słów. Zaraz mi przerwał. Napisał coś niewyraźnie i kazał iść do Ryngiera. Po wyjściu od niego poszłam natychmiast na EKG. Potem do Ryngiera. Ten miał już przygotowane pisemne polecenie skierowania do psychologa. Nakłaniał mnie do wzięcia zwolnienia na okres spotkań z psychologiem.

Z przebiegu mojej wizyty w WOMP wynika jednoznaczny wniosek, że decyzja o wystawieniu niekorzystnego dla mnie orzeczenia została podjęta jeszcze przed moim zgłoszeniem się do WOMP. Woźniak w najmniejszym stopniu nie był zainteresowany jakimkolwiek badaniem ani rozmową ze mną.

Zażądałam rozmowy z dyrektorem. Ryngier nie odpowiedział, czy mogę widzieć się z dyrektorem. Poszedł do sekretariatu. Kazał mi czekać na korytarzu. Powstało krótkotrwałe zamieszanie i nerwowa bieganina. Po jakimś czasie poinformowano mnie, że pani dyrektor jest już wolna. W gabinecie oczekiwały trzy osoby: dyrektor WOMP, dr Pilecki i nieco wystraszona pani, którą przedstawiono jako prawnika. Zapytałam, co tu się dzieje? Czy jakieś, prawdopodobnie oszczercze pismo dyrektor szkoły może być powodem do skierowania mnie do psychiatry i psychologa? Próbowałam wyjaśnić tę sytuację.

W gabinecie pani dyrektor nie przedstawiono mi przepisów prawnych, które umożliwiałyby personelowi WOMP kierowanie nauczyciela na badania psychiatryczne. Swoim zachowaniem i swoimi wypowiedziami nigdy nie dałam najmniejszej podstawy ku temu. Badania kontrolne medycyny pracy są uregulowane ustawami i rozporządzeniami ministra zdrowia. Nie dają żadnego prawa do blokowania wznowienia pracy pod pretekstem wykonywania badań całkowicie wykraczających poza badania kontrolne. Żadna z trzech osób tam obecnych nie wyjaśniła, na jakiej podstawie prawnej miałby być oparty przymus dodaktowych badań lub konsultacji. Zapytałam, czy nie należałoby przebadać pracodawcy znęcającego się nad pracownikiem lub prokuratora, który fałszuje zeznania i umarza sprawę. Słowa te spowodowały konsternację. Pilecki stwierdził, że to nie ich sprawa. Zapytałam, ile muszę mieć zwolnienia na badania psychologiczne. Pilecki najpierw poinformował mnie z szyderczym uśmiechem, że takie badania psychologiczne mogą trwać bardzo długo, nawet kilka miesięcy. Potem dodał zagadkowo, że może skończą się wczesniej.

4 listopada 2015 zgłosiłam się do M. Zapotocznej, lekarza rodzinnego. Powiedziałam, że w WOMP-ie szantażem zmuszono mnie do wizyty u Woźniaka. Natomiast Woźniak nakazał zgłosić się do psychologa. Powiedziałam, że w WOMP-ie nakazano mi także wziąć zwolnienie na okres wizyt u psychologa pod groźbą wystawienia orzeczenia o mojej rzekomej niezdolności do pracy. Zapotoczna wystawiła zwolnienie na okres od 4 do 13 listopada 2015. Przekazałam jej kilka pism do najwyższych władz z komentarzem, że są to sprawy o których mówiłam jej już w 2011.

Podczas rozmowy telefonicznej psycholog wyznaczyła mi spotkanie na piątek 6 listopada 2015.

Podała adres i powiedziała, żeby zadzwonić do niej, gdybym nie mogła trafić. Zdziwiłam się i powiedziałam, że trafię bez problemu. Przyszłam ok. 10 minut przed czasem. O pełnej godzinie z gabinetu Woźniaka przy ul. II Armii Wojska Polskiego 30-40 wyszła kobieta. Nigdzie nie było jej nazwiska, ani godzin przyjęć. Nie przedstawiła się. Przeprosiła, że ma coś do zrobienia i przyjmie mnie za 5 minut. Przyjęła po przeszło 20 minutach. Poprosiła o dowód osobisty i spisała moje dane. Zapytała, co się stało, że nauczyciel dyplomowany z wieloletnim stażem przychodzi do niej? Najwyraźniej wiele o mnie wiedziała, chociaż ja widziałam ją po raz pierwszy. Opowiedziałam w skrócie o sekwencji zdarzeń z kilku ostatnich lat w moim miejscu pracy. Stwierdziła, że trzeba będzie zrobić testy i na tym zakończyła spotkanie. Zostawiłam jej kilka pism do zapoznania się. Miałam się skontaktować z nią telefonicznie w sprawie kolejnej wizyty.

Należy tu zauważyć, że nieprzeprowadzenie żadnych testów i odwlekanie sprawy, a przy tym zmuszanie bym musiała zabiegać o kolejne spotkanie było działaniem skrajnie niekorzystnym dla mnie. Psycholog naruszała moją godność. Postępowała wbrew artykułowi 30 Konstytucji RP oraz artykułowi 1 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Z pewnością postępowała także wbrew etyce zawodowej, która nakazuje traktować każdego człowieka z należnym mu szacunkiem.

Musiałam zatem zadzwonić po kilku dniach, by się znów umówić na wizytę. W czasie rozmowy telefonicznej wyznaczyła ostatecznie termin na 13 listopada, na 12.00, chociaż prosiłam o spotkanie wcześniej. Proponowałam, że w razie potrzeby mogę pojechać nawet poza Zieloną Górę. Unikała wyznaczenia wcześniejszego terminu, posługując się wymówkami. 13 listopada 2015 zadzwoniła do mnie o 11.22. Zobaczyłam tę informację w swoim telefonie komórkowym o 11.49 w drodze do gabinetu. Oddzwoniłam, ale nie odebrała. Weszłam punktualnie. Powiedziała, że była w gabinecie już wcześniej i chciała mnie o tym poinformować. Wyjęłam długopis do testów, które zapowiedziała na poprzednim spotkaniu. Okazało się jednak, że nie poddała mnie żadnym testom psychologicznym. Zadawała pytania ustnie, a ja swobodnie odpowiadałam na nie. Nie powiedziała też, co było celem przeprowadzenia rozmowy, ani jak długo rozmowa będzie trwała. Potem powiedziała, że prześle opinię do WOMP. Powiedziałam, że mam zwolnienie do 13 listopada, więc w poniedziałek 16 listopada muszę to ostatecznie załatwić i prosiłam, żeby zrobiła to jak najprędzej. Całe spotkanie trwało ok. pół godziny.

Po wizycie u niej pojechałam do WOMP. Czekałam pod pokojem Ryngiera. Chciałam mieć pewność, że sprawę zakończymy w poniedziałek rano. Po chwili pojawiła się pani dyrektor. Wychodziła z pracy. Zapytała, co tu robię. Powiedziałam, że skończyło mi się zwolnienie i muszę mieć pewność, że dostanę orzeczenie w poniedziałek. Pani dyrektor dała słowo, że w poniedziałek wszystko będzie załatwione. Miałam przyjść rano, po 8.00. Ubrałam więc płaszcz i wyszłam z WOMP-u. Był ze mną mój tata. Na zewnątrz przed drzwiami przychodni dyrektor kończyła rozmawiać przez telefon. Kiedy nas zobaczyła, zapytała z niepokojem, czy towarzyszący mi mężczyzna to mój prawnik. Wyjaśniłam, że nie i przedstawiłam ich sobie. Powiedziała, że dobrze by było, gdybym porozmawiała z Pileckim. Za chwilę tu będzie. Przyszedł, chwilę porozmawialiśmy o jego nazwisku i o Witoldzie Pileckim. Pani dyrektor stwierdziła, że to dalsza rodzina jej współpracownika. Pilecki poprosił mnie do pokoju w którym urzędował. Tam nakłaniał mnie, żebym wzięła kolejne zwolnienie. Powiedziałam, że nie wezmę, bo nie ma powodu. Doradzał, że dobrze byłoby, gdybym udała się na wizyty prywatne do Woźniaka. W końcu stwierdził, że najlepiej byłoby, gdyby mój prawnik skontaktował się z nim bezpośrednio. Nie rozumiałam, o co mu chodzi.

W poniedziałek, 16 listopada 2015 stawiłam się w WOMP rano, wkrótce po godzinie ósmej, zgodnie z sugestią pani dyrektor. Dowiedziałam się, że nie ma Ryngiera. Poinformowano mnie, że nie ma też pani dyrektor. Przyszedł Pilecki. Powiedziałam, że muszę otrzymać orzeczenie. W piątek skończyło mi się zwolnienie. Byłam zaniepokojona brakiem jasnych odpowiedzi ze strony personelu WOMP. Pilecki wystawił pismo stwierdzające, że jestem w trakcie badań kontrolnych. Powiedział przy tym, że nie ma uprawnień do wystawiania zwolnień lekarskich. Następnie zszedł ze mną do rejestracji i powiedział rejestratorce, żeby Woźniak przyjął mnie we wtorek koniecznie jako pierwszą o 10.00. Rejestratorka nic nie odrzekła, ale patrzyła na niego ze zdziwieniem. Słowa Pileckiego były niezgodne z codzienną praktyką WOMP. Woźniak z reguły nie przychodził punktualnie na 10.00. Spóźniał się. Odniosłam wrażenie, że zalecenia tego rodzaju były oderwane od rzeczywistości.

Zaniosłam do kadr w szkole usprawiedliwienie wystawione przez Pileckiego. Pani Barabasz stwierdziła, że musi zapytać dyrektor Lato czy ten dokument może być uznany. Po chwili wróciła i powiedziała, że dyrektor wyraziła zgodę.

17 listopada 2015 przyjechałam do WOMP przed 10.00. Do Woźniaka czekała już gromadka osób. Woźniak przybył ponad 15 minut po dziesiątej. Oczywiście zaczekałam na swoją kolej. Kiedy weszłam, wyciągnął jakąś kartkę papieru. Długo czytał. Powiedział „no, tak, jak myślałem”. Stwierdziłam, że nic mi nie wiadomo o tym, by coś było nie w porządku. Powiedział „pani psycholog potwierdziła moje przypuszczenia”. Kazał iść do Ryngiera. Kiedy przyszłam do Ryngiera, ten powiedział, że mam się leczyć. Spytałam „na co?” Odpowiedział „no… psychicznie”. Nakłaniał mnie do wzięcia zwolnienia lekarskiego, mimo że byłam gotowa do pracy.

Powiedziałam Ryngierowi, że zamierzam rozmawiać z dyrektor WOMP. Kiedy przyszłam do gabinetu dyrektor, byli tam już, jak poprzednim razem, dyrektor, Pilecki i pani prawnik. Pilecki zaczął zadawać pytania. Pytał, dlaczego nie przyniosłam opinii od psychologa w piątek? „Czy Ryngier nie wystawił orzeczenia? Musiała chyba pani coś podpisać? Nie podpisała pani? Nie kazał podpisać?” Wyszedł na chwilę. Niedługo potem wrócił. Zażądałam wydania orzeczenia. Pilecki spytał „naprawdę chce pani dostać orzeczenie”? Odpowiedziałam, że tak. Pilecki powiedział, że może być niekorzystne. Odrzekłam, że mogę się odwołać do Łodzi. On szyderczo stwierdził, że jak mnie tam „przebadają”, to dopiero się nie pozbieram. Pilecki z uśmieszkiem dodał „wiemy, co pani dolega”.

Zasięgnęłam porady kilku prawników. Wszyscy sugerowali, żebym koniecznie brała dalsze zwolnienia lekarskie, bo inaczej zostanę natychmiast zwolniona z pracy.

Ponieważ chciałam zobaczyć, jak wygladają testy psychologiczne, pojechałam do Leszna. Dwukrotnie byłam tam poddawana testom przez psychologa. Łącznie wykonałam pięć testów. W oparciu o przeprowadzone testy psycholog rzeczowo przedstawił wyniki swojej analizy na piśmie.

W środę 18 listopada około 14.30 poszłam do lekarza rodzinnego, pani Zapotocznej. Przyjmowała na ul. Ruczajowej w Zielonej Górze. Bardzo się zdziwiłam, bo nie tylko bez problemu mnie zarejestrowano, ale także prawie natychmiast poproszono do gabinetu, mimo że było kilka osób oczekujących. Miałam wrażenie, że pani doktor dokładnie wiedziała, w jakiej jestem sytuacji. Przekazałam jej informację, że w WOMP-ie próbują mnie zmusić do wizyt u psychiatry szantażem, grożąc, że w przeciwnym razie wystawią zaświadczenie o niezdolności do pracy. Zapotoczna wystawiła zwolnienie na okres od 18 listopada do 30 listopada 2015 na dolegliwości związane z kręgosłupem, chociaż nie skarżyłam się na kręgosłup. Wystawiła skierowanie na zdjęcie rentgenowskie części szyjnej kręgosłupa. Poleciła, bym udała się do przychodni CMS Olimp w przy ul. Urszuli w Zielonej Górze. Miałam wrócić ze zdjęciem i opisem zdjęcia. Podczas kolejnej wizyty zapytałam, dlaczego dostałam skierowanie na zdjęcie kregosłupa szyjnego, jeśli w przeszłości miałam epizody chorobowe związane z częścią lędźwiową kręgosłupa. Pani doktor dosyć mętnie tłumaczyła, że zdjęcia kregosłupa robi się fragmentami, poczynając od górnego odcinka. Dodała, że każde zdjęcie wiąże się z napromieniowaniem ciała promieniami rentgenowskimi. Stwierdziła, że najlepiej jest zrobić rezonans magnetyczny, ale to już musi zlecić specjalista.

Od 7 grudnia byłam mocno przeziębiona. Od 10 grudnia przyjmowałam antybiotyk przepisany przez panią Zapotoczną.

W poniedziałek, 14 grudnia rano udałam się do WOMP. Ryngiera nie było w pracy. Powiedziałam, że przyszłam po orzeczenie. W rejestracji kobieta zapytała, czy się leczę? Stwierdziła, że przecież miałam podjąć leczenie psychiatryczne. Byłam zdziwiona, że rejestratorka wygłosiła komentarz, do którego nie była uprawniona. Skierowała mnie do kierownika poradni medycyny pracy, Tomasza Gajewskiego. Był dla mnie bardzo nieprzyjemny. Straszył, że nie dopuszczą mnie do pracy i kazał się leczyć. Poprosiłam o orzeczenie. Odmówił. Ponownie nakłaniał mnie do wzięcia zwolnienia. Kazał przyjść następnego dnia, we wtorek 15 grudnia 2015.

We wtorek Ryngier zaczął od pytania, czy się leczę? Poprosiłam o wydanie orzeczenia. Nie chciał wydać. Ponowiłam prośbę o wydanie orzeczenia. Stwierdził, że musi iść do pani dyrektor i skonsultować się z prawnikiem. Kiedy wrócił, wystawił orzeczenie. Przedtem coś napisał w karcie badania profilaktycznego i kazał podpisać. Powiedziałam, że są to działania niezgodne z prawem. Nie podpisałam.

Następnie powiedział, że mam podpisać w jakiejś księdze odbiór orzeczenia. Podpisałam. Wypełniłam podanie o wydanie wszelkich dokumentów z WOMP dotyczących mojej osoby, które zostały wytworzone po 17 listopada 2015. Wydano mi dwa dokumenty: notatkę służbową Gajewskiego z 14 grudnia 2015 i dokument wypisany przez Ryngiera.

Pojechałam do szkoły. Złożyłam pismo, że stawiam się do pracy po zwolnieniu lekarskim do dyspozycji dyrektora. Sekretarka poinformowała mnie, że pani dyrektor nie ma. Poszłam do swojej klasy i grałam na fortepianie przez cały czas oczekiwania. Po pewnym czasie zeszłam do sekretariatu. Tym razem dyrektor była dostępna. Nie zaprosiła mnie do gabinetu. Oznajmiła, że odpisze na pismo złożone przeze mnie. Domagała się, bym pokazała jej orzeczenie. Podałam jej kopię ksero otrzymaną w WOMP. Następnie powiedziała, że „jeszcze nie spotkała się z takim przypadkiem” i rzekomo nie wiedziała, co ma zrobić. Udawała zaskoczoną. Powiedziała, że mam zaczekać w sekretariacie, a sama poszła do swojego pokoju. Nieco później oznajmiła, że nie może dopuścić mnie do pracy. 4 stycznia 2016 otrzymałam pocztą list datowany na 31 grudnia 2015 zwalniający mnie z pracy w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia w Zielonej Górze.

Małgorzata Głuchowska, Zielona Góra, 5 lutego 2016

Załączniki:
1. Skierowanie na badanie profilaktyczne kontrolne datowane na 26 października 2015
2. Pismo podpisane przez kadrową Teresę Barabasz datowane na 26 października 2015
3. Pismo z 29 października 2015 podpisane przez otolaryngolog – foniatrę
4. Zaświadczenie lekarskie Mari Zapotocznej z 2 listopada 2015 oraz zapis EKG z 3 listopada 2015
5. Karta badania profilaktycznego wypełniona przez M. Ryngiera z okresu 29 października do 17 listopada 2015
6. Pismo dyrektor szkoły Renaty Lato datowane na 29 października 2015
7. Tekst napisany pismem ręcznym przez Woźniaka datowany na 3 listopada 2015. Ostatnich kilka wierszy oddzielonych linią ciągłą od reszty zapisu opatrzone są miesiącem i rokiem, bez podania dnia, kiedy zapis sporządzono
8. Polecenie telefonicznego umówienia się na badanie psychologiczne datowane na 3 listopada 2015, podpisane przez Ryngiera
9. Tzw. opinia psychologiczna podpisana przez S. Sobkowską datowana na 16 listopada 2015
10. Zaświadczenie wystawione przez Pileckiego 16 listopada 2015
11. Faktura za kopie ksero dokumentów z WOMP z 17 listopada 2015
12. Notatka służbowa podpisana przez Gajewskiego z 14 grudnia 2010
13. Karta badania profilaktycznego wypełniona przez Ryngiera 15 grudnia 2015
14, Faktura za kopie pozostałych dokumentów z WOMP dotyczących mojej osoby
15. Orzeczenie lekarskie z 15 grudnia podpisane przez Ryngiera
16. Zaświadczenie lekarskie wystawione przez WOMP 25 marca 2014
17. List Małgorzaty Głuchowskiej do premiera D. Tuska z 14 listopada 2012
18. List MG do prezydenta B. Komorowskiego z 13 lutego 2013
19. List MG do premier E. Kopacz z 17 lipca 2015
20. List MG do premier E. Kopacz z 24 lipca 2015
21. List MG do premier E. Kopacz z 2 września 2015
22. List MG do premier E. Kopacz z 26 września 2015
23. Odpowiedź Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z 8 października 2015
23. List MG do premier B. Szydło z 7 grudnia 2015

Małgorzata Głuchowska
[…]
Zielona Góra